poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział 4 "Coś na otarcie łez szczęścia."

Od wczorajszego, publicznego pocałunku wszyscy nam gratulowali i życzyli więcej szczęścia, niż rok temu. Herosi śmiali się radośniej, walczyli zacieklej i rozmawiali prawie bez przerwy. Widoczną zmianę w naszym zachowaniu zauważył Chejron, który ogłosił, że dziś w planie na dzień pojawiły się walka o sztandar i ognisko. Dzieci Afrodyty zaczęły narzekać, że to wszystko zawsze pojawia się nie w porę. Ich miny były tak różne, ale wszystkie powodowały uśmiech na moich ustach. Nigdzie nie widziałam Percy'ego. Nie przejmowałam się tym, on zawsze lubi leniuchować, gdy tylko ma do tego okazję. Zastanawiałlam się bardziej, gdzie znajduje się Artemida. Wczoraj Thalia opowiedziała mi, że jej pani wyruszyła za jednym z demonów i zniknęła. Wszyscy sądzą, że pani Atremida albo jest na Olimpie i relacjonuje wszystko co się wydarzyło, albo wyruszyła na kolejne poszukiwania. Szczerze, to obie możliwości wydają mi się prawdopodobne. Usłyszałam dźwięk kochny obwieszczającej nam o porze obiadowej. Ruszyłam w kierunku stołówki z nadzieją, że spotkam tam Glonomóżdżka. Zaczynałam za nim tęsknić, choć nie widziałam się z nim tylko pięć godzin. Z kąd to wiem? Gdy rano wstałam, spojżałam na zedarek wiszący nad moim łużkiem. Była siódma. Teraz musi być dwunasta, więc łatwo obliczyłam różnicę czasu od siódmej rano do południa. Wiem, że przynudzam w towarzystwie, ale pierwszy raz czuję, że przynudzam samą siebie. Powolnym krokiem zmierzałam do stolika przeznaczonego dla dzieci Ateny. Rozglądałam się na wszystkie strony. Coraz bardziej obawiałam się o życie Percy'ego. Może i późno wstaje, ale na objad zawsze przychodził punktualnie. Nie mogłam nic przełknąć, więc cały posiłek złożyłam na stoliku ofiarnym. W powietrze wzbiła się słodka woń waty cukrowej, truskawek i bitej śmietany. Z niepokojem założyłam bejzbolówkę na głowę i szybkim krokiem poszłam w stronę domku numer 3. Drzwi były lekko uchylone, więc wśliznęłam się do środka. Weszłam do pokoju gościnnego najciszej jak tylko potrafiłam. To co zobaczyłam odebrało mi mowę. Na stole postawione były dwie, czerwone świeczki, butelka szampana, dwa kieliszki, pieczeń z gęsi oraz półmisek z truskawkami w czekoladzie. Do pokoju szybkim krokiem wszedł Glonomóżdżek z dwoma bukietami czerwonych róż. Już miałam zciągnąć czapkę, ale Percy szybkim ruchem ręki pozbawił płatków jeden z bukiety. Dokładnie rozszypał je po stole i dywanie. Następnie zapalił świeczki i wyszedł. Chwilę później wybiegłam z domku i poszłam w stronę pięści Zeusa. W połowie drogi zciągnęłam czapkę. Zaczęłam analizować wszystkie zdarzenia i wysunęłam jeden wniosek. Syn Posejdona umówił się z kimś. Ci, którzy patrzą na to z boku śmieją się z mojej głupoty, ale myślałam, że poprostu on ma już inna dziewczynę, której przygotował miłą niespodziankę. I to mnie nazywają mózgiem obozu. W tym momencie, każdy kogo nazywają niemądrym był mądrzejszy ode mnie. Nawet głupi połapałby się, że Percy zrobił to dla mnie. A ja snułam jakieś intrygi, w które niby wplątany był syn Posejdona. Nagle poczułam jak ktoś kładzie swoje dłonie na moich oczach. Odruchowo sięgnęłam po sztylet, ale osoba która mnie zaskoczyła była szybsza i wytrąciła mi broń z ręki. Już miałam krzyczeć, gdy usłyszałam uwodzidzielski szept.
- Ciii, to tylko ja. Twój Glonomóżdżek.
- Percy, co ty na Bogów wyprawiasz. - Naprawdę, tylko na tyle mnie stać. Ja chyba zapomniałam dziś wziąść z domu mózg. Już nawet nie potrafię się pożądnie odgryźć i wpadać w niekontrolowaną złość. I kto mówi, że miłość sprawia, że jesteśmy mądrzejsi.
- Jakie miłe powitanie. Ale co tam, choć pokażę Ci coś. - I wtedy właśnie mnie olśniło. Percy sam przygotował obiad dla nas obojga. Idiotka ze mnie. Chyba byłam niejako zazdrosna kiedy sądziłam, że mój Glonomóżdżek jest z którąś z domku Afrodyty. Percy prowadził mnie z opaską na oczach, ale ja już wiedziałam gdzie mnie prowadzi. Po nie spełna pięciu minutach syn Posejdona przystanął. Powoli podszedł do mnie. Ujął moją twarz w swoje dłonie. Po krótkiej chwili poczułam na ustach słone wargi Percy'ego. Jego dłonie powędrowały w moje włosy. Nie poczułam kiedy Glonomóżdżek odwiązał mi czarną chustę, którą zawiązał mi po naszej krótkiej rozmowie przed pięścią Zeusa. Uśmiechnęłam się lekko, ale Percy i tak to poczuł po czym odsunął się ode mnie. Pomimo wszystko staliśmy tylko nie cały metr i wpatrywaliśmy się w swoje oczy. To były magiczne chwile. Dla mnie nie liczyło się nic więcej tylko mój Percy. 
- Wiesz, może to nie są to rarytasy rodem najlepszej restauracji, ale trudno było zdobyć nawet to. Czekolada i przyprawy do pieczeni skombinowali bracia z domku Hermesa. Szampan to mój całonocny wypad na miasto. Tak właściwie to tylko dlatego nie pojawiłem się na śniadaniu. - Posłał w moją stronę trochę zakłopotany uśmiech. W moich oczach powoli zbierały się małe, słone kropelki. Po chwili jedna z nich postanowiła zobaczyć na własną rękę co przygotował mi mój chłopak. Druga poszła w jej ślady. Uśmiech zniknął z twarzy Glonomóżdżka, a zastąpiło je zmartwienie i troska. Podszedł do mnie i prawie niewyczuwalnie starł łzy płynące po moich polikach.
- Przepraszam, nie chciałem Cię zasmucać. Myślałem, że będzie miło. - Percy utkwił wzrok w swoje buty. Nie wytrzymałam i zaczęłam śmiać się i płakać jednocześnie.
- Jest cudownie. Nie wyobrażam sobie lepszej niespodzianki jak ta. - Percy niepewnie podniusł wzrok i zapytał.
- Czyli nie jest źle. Po raz pierwszy robię komuś coś takiego i bałem się...- Nie dałam mu dokończyć, bo pocałowałam go. Glonomóżdżek nie spodziewał się tego i dopiero po chwili odwzajemnił pocałunek. Był delikatny, dający oparcie i poczucie bezpieczeństwa. W tym momencie pragnęłam czegoś mocniejszego, zwierzęcego. Pociągnęłam lekko z jeden z kosmyków Petcy'ego i lekko nadgryzłam jego dolną wargę. Efekt był piorunujący. Po całym moim ciele przeszedł dreszcz. Pogłębiałam nasze pocałunki, aż zabrakło mi tchu. Powoli odpuściłam i wróciłam do fazy pocałunków pełnych miłości i spokoju. Uśmiechnęłam się i cofnęłam się o pół kroku tak, aby między nami była mała przestrzeń, ale nie zaduża. Uniosłam lekko powieki i spojżałam na Percy'ego. On nadal miał zamknięte oczy i też się uśmiechał.
- Może coś zjedzmy, przecież od wczorajszego wieczoru nie miałeś nic w ustach.
- To prawda. Muszę częściej zagłodzać się, to częściej będę tak całowany.
- Do tego drugiego miałabym wątpliwości. Nawet bez głodzenia się możesz zasłużyć na to, ale musisz naprawdę się postarać. - Wzięłam go za rękę i pociągnęłam w stronę stołu. Rozmawialiśmy tak do wieczora. Wtedy przypomniałam sobie o bitwie i ognisku. Percy jakby czytał w moich myślach odpowiedział na pytanie zanim je zadałam.
- Załatwiłem wszystko z Chejronem. Mamy cały wieczór dla siebie.
- Widzisz, jak ruszysz ten swój glonowy móżdżek, to wymyślisz coś cudownego.
- Będę częściej to robił. - Uśmiechnął się i pocałował mnie. Wieczór spędziliśmy na śmianiu się, wygłupianiu i całowaniu. Około północy Percy odprowadził mnie do domu i namiętnie pocałował na pożegnanie. Tak właśnie chciałam spędzać każdy dzień. Tylko ja i mój szarmandzki heros.

3 komentarze:

  1. Świetne!
    Kiedy następny?
    Zapraszam do siebie, licze na komentarz :D
    ~ Julie
    dalsze-losy-herosow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. No więc skomentuje tak tak niedawno znalazłam tego bloga i zaobserwowałam . W skrócie rozdziały super i czekam na next .
    Zapraszam do mnie przy okazji .

    OdpowiedzUsuń